[Muzyka] Recenzja: Nothing But Thieves „Broken Machine”

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

nbtbm (Small)Przeczytałem gdzieś niedawno, że nowa płyta Nothing But Thieves jest jak jej tytuł, „zepsuta maszyna”. Niby wygląda okej, ale przecież nie wszystko w niej działa. Na pierwszy rzut ucha, przez chwilę i przez pomyłkę, wydało mi się podobnie. Być może oczekiwałem obrania przez chłopaków podobnego kierunku, być może po świetnym debiucie niecierpliwie spodziewałem się kontynuacji, bezrefleksyjnie odbierając im prawo do samodzielnych artystycznych poszukiwań. Przytrafia się to zresztą wielu drugim płytom, więc łatwo wpaść w ten schemat niekoniecznie realnych oczekiwań.

 
Tymczasem „Broken Machine” to jakość sama w sobie. Płyta, która odgradza się od poprzednika, uparcie próbując nie zostać zaklasyfikowaną, jako kalka. Inne są też emocje. Surowsze, mniej wypieszczone, bardziej rzucające się w twarz. Od „I Was Just a Kid”, przez „Live Like Animals”, po “I’m Not Made by Design” uczucie napięcia nabiera na sile, uwalniając pokłady stłamszonego stresu i tworząc, szczególnie w tym drugim przypadku, niesamowity klimat emocjonalnego wyzwolenia. Nawiedzone wokale i gitary szalejące na tle ciężkiego basu nabierają właściwości oczyszczających. Czyż nie tego właśnie oczekuje się od porządnego rockowego zespołu?

 

 

Ciekawsze są też ballady. Znane już z singla „Sorry” dostarcza nowej jakości w wersji akustycznej. „Particles”, które w pełnej aranżacji jest jednym z najsłabszych momentów na albumie, brzmi jak powiew świeżego powietrza w wersji z fortepianem. Nie wspominając już o wieńczącym album „Afterlife”, czy poprzedzającym go „Hell, Yeah”, dzięki któremu ktoś w internecie polecał ostatnio „Broken Machine” fanom Radiohead. Być może trochę na wyrost, za wcześnie na takie porównania, ale coś z radioheadowego klimatu spokojnie daje się z tego utworu wycisnąć.

 
Oprócz wspomnianych powyżej „okrojonych” ballad, wersja Deluxe zawiera jeszcze dwie bardziej rockowe piosenki, które lepiej pasowałyby do wersji podstawowej, zastępując parę niespecjalnie udanych utworów. To jednak tylko tak na marginesie, bo jako całość, „Broken Machine” to w dalszym ciągu bardzo przyjemne doświadczenie i to w zupełnie inny sposób, niż pełen recenzenckich ochów i achów debiut. Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby panowie z Nothing But Thieves zdecydowali się na radykalniejszy ruch przy okazji kolejnego wydawnictwa, przenosząc się jeszcze dalej w eksperymentalne i bardziej dołujące obszary muzyki rockowej.

 

Być może nawet trzymam za to kciuki.

 

 

8 comments on “[Muzyka] Recenzja: Nothing But Thieves „Broken Machine”

  1. Pamiętam, jak ponad rok temu miałam NBT za zespół dla fanów Bastille. Czyli taki „rock dla gimbazy”. A potem trafiłam na ich koncert i wyszłam zdziwiona, jak fajnie ci kolesie grają. Nie czekałam jednak na ich nowy krążek, choć ostatnio go z ciekawości włączyłam. Robi dobre wrażenie, choć nie należy do mojego „top of the top 2017″. Z zawartych na nim piosenek najbardziej podoba mi się Afterlife.

    Nowa recenzja na http://the-rockferry.blog.onet.pl/

  2. Tak, „Afterlife” jest bardzo fajne i w ogóle z powodu tych dwóch ostatnich utworów uważam, że dobrze by im zrobił taki mały psychodelliczny „makeover” :)

    Czy znaleźliby się w moim topie 2017 roku, nie wiem, bo ogólnie odnoszę wrażenie, że póki co ten rok w dalszym ciągu muzycznie nie powala…

  3. Póki co pobieżnie przesłuchałam ten album i podoba mi się jego brzmienie. Jeszcze nie mogę odnieść się do konkretnych utworów, ale jestem pełna nadziei, że jest nieźle. :D

    U mnie nowy wpis – goodsoundsvibes.blogspot.com
    Zapraszam i pozdrawiam!

  4. Słyszałem o tym zespole, jednak jakoś się nie złożyło, bym zapoznał się z ich twórczością bliżej. A po wysłuchaniu nawet tych kawałków czuję, że coś przegapiłem. :)

    Proszę bardzo, jak jest co chwalić u kogoś na blogu to chwalę. :)

    Pozdrawiam!

  5. Uważam, że akurat z tego koncertu będę miał jeszcze co wspominać. :) O to chodzi przecież, nawet jeśli koncert oglądamy nie na żywo tylko z nagrania.

    ,,Proces” jak dla mnie dobry był do czytania, w sumie można powiedzieć, że ma w sobie elementy ponadczasowe.

    Jak na razie przeczytałem 12 stron ,,Ulissesa”.

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *